Archiwum dla marzec, 2006

Władza demoralizuje

Makbet, ponad wszystko pragnął władzy. Powodowały nim chorobliwe ambicje, chęć rządzenia. Władzę zdobył w sposób niegodny, zabijając króla. Pierwsza zbrodnia pociągnęła za sobą kolejne : zamrodowanie swojego najlepszego przyjaciela oraz rodziny Makdufa. Makbet ze szlachetnego, cnotliwego rycerza, staje się tyranem, który zrobi wszystko dla utrzymania się przy władzy. Rządzenie dla rządzenia.
Szekspir pisząc ten dramat nieświadomie stał się prorokiem systemu komunistycznego. Tyran zdobywał władzę najczęściej przez zamach stanu lub rewolucję, co jest morderstwem popełnianym na narodzie, który tymsamym traci swoją wcześniejszą tożsamość. Historia przestaje się liczyć, jest tylko teraźniejszość. Przeszłość była zła, wbij sobie to narodzie do głowy. Tyran nie spocznie na laurach, teraz trzeba wybić wszystkich przeciwników, fanatyków też ( są zbyt wierni, kiedyś mogą zaszkodzić). Rewolucja zaczyna zabijać swoje własne dzieci.
Zastanawiałem się niedawno, na czym polega satysfakcja, którą płynie z rządzenia. Mamy władzę nad ludem, sterujemy nim. Satysfakcja może polegać na oddaniu się prowadzeniu społeczeństwa ku lepszemu. Może też polegać na zaspakajaniu własnych ambicji. Tak zgadzam się. Ale jaką satysfakcję daje ucieśnianie własnego narodu i prowadzenie go ku jakimś utopijnym i nieracjonalnym celom ? Nie mam pojęcia. Jak można wierzyć, że władzy uda się wpojenie do głowy każdemu obywatelowi jakiejś ideologii ? Czy można szczerze, zaznaczam szczerze, wierzyć w takie głupoty ? Czy Stalin był geniuszem, czy głupcem, który tak w rzeczywistości myślał ? Nie władza demoralizuje. Demoralizuje lęk przed utratą władzy.

Otwarcie sezonu

Tak, tak, dzisiejszego dnia odbyłem dziewczą podróż rowerową, tymsamym otwierając nowy i obiecujący sezon 06'. Pogoda jak na wiosnę niezbyt dopisała, opady deszczu zostały zrekompensowane przez wysoką temperaturę. Jako, że była to pierwsza wycieczka w tym roku, musiała ona zostać poprzedzona specjalnymi przygotowaniami roweru. Ten, wyciągnięty z garażu po raz pierwszy od grudnia wyglądał zaskakująco dobrze. Wyczyściłem doszczętnie ramę, umyłem,a później nasmarowałem łańcuch, który po tych zabiegach lśnił się jak złoto. Pozostał jeszcze tylko problem tarczy hamulcowej ocierającej o klocek. Owa niedogodność została naprawiona w czasie jazdy, co nie zmienia faktu, że hamulec kwalifikuje się do regulacji w serwisie. Przygotowując rower zauważyłem też lekkie skrzywienie przedniego koła, ale jest ono tak małe, że w żaden sposób nie wpływa na jazdę. Największy problem pojawił się gdy ruszyłem spod garażu, a licznik uparcie wskazywał 0 km/h. Były trzy możliwości : albo licznik zamarzł przez całą zimę stania w garażu (pamiętne temperatury - 20°C), albo ja nie wciskam go do końca na uchwycie, albo czytnik nie ma kontaktu z magnesem. Jak się później okazało możliwość numer trzy była tą prawdziwą. Sprawiło mi to niemałą radość, bo byłem przekonany, że będę musiał oddać licznik na gwarancję.

Po pozbyciu się tego problemu mogłem z czystym sumieniem ruszyć w trasę. Start o godzinie 11 spod rawickiego ratusza. Na trasę wyruszyło 5 osób. Jechaliśmy przez Korzeńsko, Żmigród, Skokową, Prusice, Rudę Żmigrodzką, Czarny Las, Zieloną Wieś. Łączny dystans to 87 km, które jak na pierwszą podróż w pełni zaspokoiło mój apetyt na kilometry. Trasa nie obfitowała w jakieś szczególnie ciekawe zabytki. Zresztą przy takiej pogodzie nie można za bardzo rozwlekać trasy i wydłużać czasu. To wszystko. Pozostaje mi czekać na następną sobotę.

Na Kreml, szybko!

5 marca 1953 roku zmarł Józef Wissarionowicz Stalin, a historia jego śmierci wyglądała tak. Do gabinetu Stalina można było wchodzić tylko wtedy gdy on sam zadzwoni, w przeciwnym razie nie wolno nawet pukać. Tego dnia do godziny 18.30 nikt z gabientu w daczy w Kunicewie nie dawał znaku życia. Jeden z odważnych oficerów zdecydował się nieśmiało zerknąć co tak długo Józef robi. Wkroczył do gabientu gdzie zobaczył leżącego na podłodze Stalina. Gdy Łozgaczow zaczął dopytywać się co się stało Stalin zsiusiał się w spodnie po czym stracił przytomność.

Nieprzytomnego Stalina przeniesiono na wersalkę i szybko zawiadomiono kilku jego najbliższych współpracowników : Berię, Malenkowa, Chruszczowa. Gdy 1 marca z rana w gabinecie pojawił się Beria, zaraz na wejściu nawrzeszczał na ochronę i zabronił wzywać lekarzy bo Stalin śpi. Tymsamym Beria przyczynił się do tego, że Stalin, który był po wylewie przeleżał bez opieki medycznej dobrych kilka godzin. To nie koniec komedii, wstęp.

Profesorowie, mądre głowy, gdy przyjechali do Kunicewa byli tak przerażeni, że bali się zmierzyć Stalinowi ciśnienie. Teraz najlepsze. W 1952r. osobisty lekarz Stalina poradził mu aby ten przeszedł na emeryturę. Zapobiegliwy Stalin uznał lekarza za agenta, chcącego go otruć i skazał na śmierć.

Do Kunicewa zaczęły przyjeżdżać grupki radzieckich dygnitarzy. Większość nich była rzeczywiście zasmucona umierającym Stalinem, ale chyba wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jego śmierć zapobiegnie czystkom w partii, które miały niedługo nadejść. Co ciekawe, w świetnym humorze był Beria. Od dłuższego czasu miał na pieńku z Wodzem i wiedział, że on poleciałby jako pierwszy. Raz puściły mu nerwy, gdy Stalin otworzył oczy Beria zaczął go całować po rękach.

Wódz leżał nieprzytomny cztery dni. Twardogłowi, którzy przybyli do Kunicewa, zaczęli dzielić się władzą po umierającym Stalinie i ustalalili oficjalną wersję jego śmierci : Zmarł na Kremlu. Do Kunicewa zjeżdżają człokowie politbiura. O godzinie 21.50 5 marca Stalin umiera. W ciszy gabinetu rozlega się krzyk Berii. Wzywa swojego kierowcę, i czym prędzej gna na Kreml, żeby przyklepać wcześniejszy podział władzy. Zaraz za nim wszyscy zebrani także wskakują do swoich limuzyn. Wszyscy obierają jeden wiadomy kierunek. Ochrona wywozi tam ciało Wodza. Bo przecież Stalin umarł na Kremlu.

W przygotrowaniu tej notki posłużyłem się artykułem "Na Kreml, szybko" z dodatku do gazety Wyboczej, Duży Format.

Zachwiania terenu.

Czy osoba w moim “17-letnim wieku” może powiedzieć, że ma doła ? Tak się składa, że całkiem niedawno miałem okazję podyskutować na ten temat z kilkoma osobami. Wniosku z tej rozmowy wyniosłem właściwie tylko z mojej wypowiedzi tzn. przedstawię własne zdanie.

Wiem, że żyjemy w zabieganym świecie. Ciągle nas coś goni, wykonujemy wiele rzeczy na raz, żeby uwinąć się w możliwie krótkim czasie. Nie poświęcamy tyle uwagi wszystkim rzeczom ile byśmy chcieli. Miewamy lepsze czy gorsze dni. Jednakże polska młodzież nie ma chyba jeszcze tylu zmartwień, żeby z czystym sumieniem stwierdzić “Przepraszam, ale dzisiaj mam doła” - oczywiście, może tak powiedzieć, nie chcę tu ograniczać czyjejś wolności słowa - ale będzie się to mniej lub bardziej mijało z prawdą. “Mam doła” używa się bardzo często w znaczeniu ogólnym, chcąc usprawiedliwć wszelkie swoje niedyspozycyjności. Wychodzi się z założenia, że jak pokarzę jaki to jestem męczennikiem losu to ktoś się nade mną zlituje. “Doła” ma się najczęściej w odniesieniu do jednej sytuacji wyciągniętej z całego dnia, która ma niby burzyć wszelaki ład i porządek w umyśle młodego człeka.

Ja osobiście nigdy nie obudziłem się z przekonaniem “O dzisiaj, mam doła, to będzie zły dzień”. Nie wiem czy to wynika z mojej lekkiej znieczulicy, czy nie, ale wiele wskazuje na to, że po prostu “posiadanie dołka” w całym dniu jest niemożliwe u takiej młodej osoby. Bo czym tu się martwić ? Z dziewczyną mi nie wychodzi - jedna z wielu kolejnych dziewczyn, zła ocena - za miesiąc nie będę o niej pamiętał, wkurzona przyjaciółka - i tak się pogodzę. Po prostu nie mamy tak wielkich zmartwień, mogących pociągnąć nas w depresję. Oświadczam wszem i wobec “doły” są bzdurą, którą używamy, żeby usprawiedliwać swoje chwilowe słabości.

_________________________________

Po dyspucie na temat dołów z Maciejem, muszę coś wyjaśnić. Przyznaję się, że patrzyłem na całą sprawę w dość wąskim zakresie tzn. myślałem tylko o moim środowisku. Środowisku osób młodych z normalnych bezawaryjnych rodzin. Gdy popatrzymy na ten temat trochę szerzej można zauważyć odstępstwa od mojej reguły. Nie każda rodzina i nie każde środkowisko jest normalne w normalnym tego słowa znaczeniu. Jeśli młody człowiek ma takie problemy jak np. : rozstający się rodzice, długotrwały brak zaakceptowania ze strony jakiejś grupy itp. to rzeczywiście może powiedzieć “nie chce mi sie żyć”, “nie chce was znać”. Są to dość ciężkie przypadki, których wcześniej niestety nie brałem pod uwagę, a powinienem.

O Mike’u Oldfield’dzie słowa dwa.

Zapewne wielu z was drodzy Czytelnicy (jeśli takowi istnieją) słyszało o Mike’u Oldfield’dzie. Muzyku, który od lat tworzy muzykę instrumentalną. W swojej pracy opiera się na bardzo wielu instrumentach począwszy od gitary skończywszy na syntezatorach oraz słynnych dzownach rurowych (Tubular Bells). Jest muzykiem wszechstronnym, który w swojej twórczości nie trzymał się sztywno jedego rodzaju muzyki. Kolejne albumy wyraźnie różnią się od siebie. Oldfield to przede wszystkim kontrast, raz możemy usłyszeć bardzo spokojny, wręcz melancholijny utwór, żeby za chwilę obudzić się przy mocnej rockowej piosence. W jego twórczości bardzo wyczuwalne jest odniesienie do muzyki celtyckiej, folkowej.

Co daje mi jego muzyka ? Przede wszystkim odprężenie i zapomnienie o rzeczywistości. Dżwięki są bardzo spójne, tworzą jedną całość. Wydaje się jakby kolejny dźwięk musiał tam właśnie istnieć, ten, nie żaden inny. Piękne gitarowe solówki, to największa zaleta Oldfielda. Przy nich odpływam gdzieś na wiosenne wzgórza. Jeśli uwtór nazywa się Women of Irelnad to właśnie jestem w Irlandii jeśli To France czuje się jakbym był pod wierzą Eiffla. Oldfiled potrafi znaleźć w swojej muzyce złoty środek. Utwory nie są zdobione w wymyślne dżwięki, przeciwnie, są bardzo proste. Ta prostota urzeka, nie, ona olśniewa. Przepaja pozytywnymi wibracjami, bo głównie takie możemy odnaleźć.

Co ciekawe, jeden z jego uwtorów, Shadow on the Wall, został zadedykowany trudowi walki Polaków z komunizmem. Podsumowując. Muzyka Mike Oldfielda jest godna polecenia, niezależnie od ogólnych upodobań muzycznych, chyba nie sposób jej nie lubić.